Connect with us

Poradnik

Stan przedrzucawkowy i hipotrofia płodu. Ważne informacje

Opublikowano

dnia

Jeśli podczas wykształcania się łożyska dojdzie do błędów, będzie nieprawidłowe do końca ciąży, co może skutkować np. stanem przedrzucawkowym. Ale też przed 16. tygodniem ciąży jest jeszcze czas na ratunek. Stąd u każdej ciężarnej w 1. trymestrze trzeba ocenić ryzyko jego wystąpienia – mówi prof. Katarzyna Kosińska-Kaczyńska, kierownik Kliniki Położnictwa, Perinatologii i Neonatologii CMKP w Szpitalu Bielańskim w Warszawie.

Co to jest hipotrofia? Brzmi dość skomplikowanie…

Hipotrofia to ograniczenie wzrastania wewnątrzmacicznego płodu (FGR). Płód ma „zaprogramowane” w genach swoje wzrastanie, natomiast z różnych przyczyn nie jest w stanie tego prawidłowego wzrastania osiągnąć. Np. w terminie porodu dziecko powinno ważyć około 3,5 kg, a rodzi się z wagą na przykład 2 kg. Jest to poważne powikłanie ciąży i niesie za sobą szereg trudności. Po pierwsze, przyczyn ograniczenia wzrastania może być wiele i nie zawsze jesteśmy w stanie określić, dlaczego do niego dochodzi. A po drugie, prawidłowe monitorowanie takiej ciąży, żeby ją ukończyć w najlepszym momencie, bywa trudne.

Proszę najpierw powiedzieć o przyczynach, wspomniała pani, że jest ich sporo…

Mogą to być czynniki matczyne, na przykład przeróżne choroby przewlekłe matki, które upośledzają tworzenie się łożyska oraz wymianę składników odżywczych między matką a rozwijającym się płodem. Może to być nadciśnienie tętnicze, przewlekłe choroby nerek, a także używki: palenie papierosów, picie alkoholu czy zażywanie narkotyków. Na występowanie hipotrofii wpływ mogą też mieć niektóre leki np. te stosowane w terapii nadciśnienia tętniczego. Przyczyny ograniczenia wzrastania mogą również być płodowe: na przykład czynniki wrodzone, takie jak nieprawidłowości genetyczne – chromosomów i niektórych genów. Z ograniczeniem wzrastania często współwystępują też wady wrodzone (np. wady serca). Zaobserwowano zależność, że im więcej wad ma dany płód, tym większe jest ryzyko tego, że nie osiągnie on należnej masy.

Niektóre czynniki infekcyjne, które przechodzą przez łożysko, też mogą mieć wpływ na wzrastanie płodu. Do najczęstszych czynników infekcyjnych, mających wpływ na wzrastanie płodu, należy zakażenie cytomegalią. Niestety świadomość skriningu tej choroby jest w Polsce niezbyt duża – jest to badanie zalecane, a nie obowiązkowe w ciąży. Równie groźna jest toksoplazmoza, różyczka, ospa wietrzna, które obserwujemy rzadziej, a ze względu na to, że dość dużo informacji na ten temat pojawia się w mediach, pacjentki o nich wiedzą.

I jest jeszcze jedna, również bardzo duża grupa przyczyn ograniczenia wzrastania płodu. Są to czynniki łożyskowe – nieprawidłowa budowa łożyska czy pępowiny, wady rozwojowe łożyska, które sprawiają, że łożysko jest mniej wydolne, czyli dostarcza do płodu mniej składników odżywczych.

Czasem dochodzi do nieprawidłowego powstawania łożyska i wtedy problem ma miejsce samym początku ciąży, w pierwszych jej tygodniach. Ciąża nie do końca dobrze się zagnieżdża i kiedy wytwarza się kosmówka, która w przyszłości stanie się łożyskiem, dzieje się coś, co powoduje, że ten proces nie jest prawidłowy. Może to być zła adaptacja układu krążenia matki, nieprawidłowości immunologiczne, reakcja odrzucania jaja płodowego przez organizm matki, który nie adaptuje się do sytuacji ciąży – krótko mówiąc, układ odpornościowy nie zmienia swojej funkcji w stronę immunotolerancji względem ciąży. Mogą też być to czynniki endokrynologiczne, związane z nieprawidłowościami wydzielania hormonów.  

Tak więc czynników, które mogą wpływać na to, że ciąża nieprawidłowo się zagnieżdża lub że łożysko, które powstaje, jest niewydolne, jest bardzo dużo. Na początku ciąży, gdy płód jest bardzo malutki, ma małe zapotrzebowanie energetyczne, na składniki budulcowe, aminokwasy, na tlen, w związku z tym wystarcza mu niewielka podaż ze strony łożyska. Natomiast im płód jest większy, tym większe staje się jego zapotrzebowanie, a łożysko pokazuje kres swoich możliwości podaży – mimo, że zapotrzebowanie ze strony płodowej rośnie, to dostawa ze strony łożyskowej przestaje nadążać.

Co to oznacza dla dziecka?

Po pierwsze ogranicza ono swoje wzrastanie i nie chodzi o to, że niemowlę jest małe, krótkie, tylko że jest „chude”. Ponieważ dostaje niewiele składników odżywczych, nie przekształca ich w tkankę tłuszczową, która jest mu mniej potrzebna – dzieci z hipotrofią to dzieci chudziutkie. Wraz z czasem trwania ciąży problem niewydolności łożyska się nasila i dziecku zaczyna grozić niedotlenienie, a ostatecznie może ono nawet obumrzeć wewnątrzmacicznie.

A co z matką? Czy dla niej też istnieje jakieś zagrożenie w tej sytuacji – poza ryzykiem utraty dziecka lub urodzeniem chorego dziecka?

W przypadku nieprawidłowej implantacji, źle wykształcającego się łożyska, ta patologia dotyczy również bezpośrednio matki. Powstające łożysko jest wtedy narządem niedotlenionym, a przecież ono też ma swoje zapotrzebowanie na tlen – jest to masa komórek, które mają bardzo intensywny metabolizm.

Niedotlenione łożysko zaczyna wydzielać z siebie toksyczne substancje, a że jest miejscem bezpośredniego kontaktu między komórkami płodu a krwią matki, to szkodliwe substancje przedostają się do krążenia matki i uszkadzają jej naczynia krwionośne. Pacjentka zaczyna chorować na nadciśnienie tętnicze i w zależności, od tego, gdzie substancje toksyczne najsilniej uszkodzą naczynia krwionośne, zaczyna rozwijać się niewydolność nerek i białkomocz, niewydolność wątroby, bóle głowy, zaburzenia widzenia, a nawet epizody drgawek – to wszystko łącznie nazywa się stanem przedrzucawkowym, tak zwaną preeklampsją.

Kiedyś nazywano to “zatruciem ciążowym” i to była bardzo adekwatna nazwa, bo opisuje sytuację, w której ciąża “truje” matkę. I to jest również jedna z przyczyn występowania hipotrofii płodu, taka, której boimy się najbardziej, ponieważ dotyczy i mamy, i dziecka.

Czy ryzyko wystąpienia takiej patologii jesteśmy w stanie ocenić w pierwszym trymestrze ciąży?

Tak, dlatego każda pacjentka, niezależnie od tego, ile ma lat, który raz jest w ciąży i czy ma jakiekolwiek inne czynniki ryzyka, powinna mieć wykonane badanie USG między 11 a 14 tygodniem i ocenione ryzyko rozwoju stanu przedrzucawkowego w ciąży. Przy określeniu wysokiego ryzyka możemy zastosować bardzo skuteczną profilaktykę, żeby do tych powikłań nie doszło.

Co konkretnie?

Kwas acetylosalicylowy czyli aspirynę – jeżeli wiemy, że ryzyko jest wysokie, zastosowanie takiej profilaktyki zmniejsza ryzyko stanu przedrzucawkowego o 80 proc. To jest bardzo skuteczna terapia i tylko musimy wiedzieć, której pacjentce ją zaproponować.

Jeśli zorientujemy się, że dziecko za słabo rośnie, dalsze postępowanie zależy od przyczyny?

Mogę powiedzieć, jak to wygląda u nas, w Oddziale Patologii Ciąży w Szpitalu Bielańskim. Jeżeli u pacjentki rozpoznano ograniczenie wzrastania płodu, najczęściej po badaniu USG, zaczyna się diagnostyka, która ma dać odpowiedź, jaka jest przyczyna zahamowania wzrastania. Zbieramy wywiad, sprawdzamy jakie leki pacjentka stosuje, sprawdzamy czy możliwe, że jest to związane z którymś z czynników infekcyjnych. Ale również jako jedni z nielicznych w Polsce, oceniamy markery biochemiczne z krwi pacjentki świadczące o wydolności łożyska.

Co daje takie badanie?

Badanie sFlt-1/PlGF mówi nam jakie jest ryzyko tego, że hipotrofia, którą obserwujemy, jest związana ze stanem przedrzucawkowym. Możliwa jest sytuacja, w której hipotrofia płodu jest pierwszym objawem patologii, a pacjentka zacznie chorować na nadciśnienie na przykład za dwa tygodnie.

Jeżeli do tego dołączają się jakieś nieprawidłowości w budowie anatomicznej dziecka, które zauważamy w USG, to robimy badanie genetyczne. Sprawdzamy układ krążenia matki oraz oceniamy przepływ krwi w tętnicach macicznych czyli w tych, które doprowadzają krew od strony matki do łożyska. I jeżeli uda nam się znaleźć przyczynę hipotrofii, która jest modyfikowana, to świetnie. Np. pacjentka ma źle wyrównane nadciśnienie, albo stosuje leki, które mogą wpływać na występowanie hipotrofii – na to jesteśmy w stanie wpłynąć i je zmodyfikować.

A co jeżeli przyczyna jest niemodyfikowalna?

Profilaktyka stanu przedrzucawkowego jest skuteczna tylko wtedy, kiedy tworzy się łożysko, czyli bardzo wcześnie w ciąży, jeszcze przed 16 tygodniem. Jeżeli ten okres minie, nie jesteśmy już w stanie naprawić łożyska, które źle powstało i źle funkcjonuje. Wtedy możemy już tylko oglądać konsekwencje tej nieprawidłowości.

Ale co wtedy dzieje się z ciężarną i jej dzieckiem?

Mamy plan opieki nad pacjentką, w którym priorytetem jest dla nas zdrowie matki i dziecka. Monitorujemy, jak dziecko wzrasta w kolejnych odstępach czasowych, oraz „jak się czuje”, czyli sprawdzamy jakie ma zapisy KTG i wykonujemy badania dopplerowskie w USG.

Jednocześnie sprawdzamy oczywiście stan matki – czy nie zaczyna chorować na nadciśnienie, czy nie ma innych patologii. Najczęściej jest system kontroli i konsultacji lekarskich co 2 tygodnie lub co tydzień, podczas których oceniamy sytuację i stwierdzamy, czy jest na tyle stabilna, że możemy się spotkać za kolejne 2 tygodnie, czy są jakieś nieprawidłowości i musimy spotkać się za tydzień, dwa razy w tygodniu albo czy to jest już ten moment, w którym kobieta powinna być hospitalizowana i będziemy prowadzić codzienny nadzór nad dzieckiem. Jeżeli zostanie rozpoznana hipotrofia płodu, nie jesteśmy w stanie wpłynąć na to, żeby dziecko urosło więcej. Jesteśmy tylko w stanie zdecydować o tym, kiedy zakończyć ciążę.

A co o tym decyduje?

Ciąża powinna trwa najdłużej jak się da, póki wciąż jest to bezpieczne. Ponieważ nawet jeżeli dziecko bardzo mało przyrasta wagowo, to z każdym tygodniem i każdym dniem zwiększa się dojrzałość jego narządów, czyli ma coraz większe szanse na zupełnie zdrowy rozwój po urodzeniu. W bardziej zaawansowanej ciąży codziennie to jest 1 proc. więcej szans na to, że w przyszłości to będzie zdrowy człowiek. Więc walczymy o każdy dzień. Ale jednocześnie nie możemy dopuścić do tego, żeby doszło do niedotlenienia, bo to są zmiany nieodwracalne. Musimy zatem tak monitorować ciążę, żeby mogła trwać maksymalnie długo, dopóki dziecko daje sobie radę w środowisku wewnątrzmacicznym i jest w stanie skompensować niedobory. Natomiast przy pierwszych oznakach tego, że się dekompensuje i grozi mu niedotlenienie czy nawet obumarcie, musimy ciążę zakończyć.

Łatwo jest wyłapać ten moment?

Na szczęście jest bardzo dużo danych naukowych, którymi możemy się podpierać. Mamy opracowane schematy postępowania, w oparciu o które  decydujemy, czy pacjentkę przygotowywać do porodu albo czy ciążę zakończyć. Korzystamy z oceny KTG, które mówi nam o tym jak dziecko się czuje w danym momencie i z oceny badania USG, głównie w badaniu doplerowskim (czyli oceniamy przepływy krwi w różnych naczyniach krwionośnych płodowych, łożyskowych, matczynych), co jest badaniem rokowniczym.

Oraz oczywiście oceniamy stan matki. Tak więc na podstawie schematów opartych na badaniach naukowych, możemy określić, kiedy jest maksymalny bezpieczny moment i dłużej nie powinno się kontynuować ciąży, ponieważ możliwe są poważne będą powikłania i dziecko może urodzi się i małe, i niedotlenione. Ale niejednokrotnie to nie jest łatwa decyzja. Bo niełatwo się decyduje o narodzinach dziecka, które waży np. 600 g. Sama taka masa urodzeniowa już jest czynnikiem, który bardzo źle rokuje. W związku z tym poruszamy się w granicach według naszej wiedzy bezpiecznych, ale staramy się walczyć o każdy dzień. Bo już masa 650 g jest lepszym rokowaniem niż 600. A 700 lepszym niż 650g i tak dalej.

To bardzo odpowiedzialna praca i wyobrażam sobie, że podejmowanie tych decyzji musi być stresujące…

Niejednokrotnie nie jest to łatwe i staramy się zawsze, żeby to była jednak decyzja podejmowana wspólnie z rodzicami i z neonatologiem. W naszej Klinice staramy się nakreślać pacjentkom jakie są ryzyka i szanse, bo my nigdy nie wiemy, co się wydarzy na pewno, możemy jedynie szacować ryzyko albo oceniać ,jakie są szanse na powodzenie. Decyzję podejmujemy więc po prostu rozmawiając z dwojgiem rodziców – czy już kończymy ciążę, czy jeszcze jeden dzień zaryzykujemy i zobaczymy, jak będzie jutro.

Zresztą lepiej się współpracuje z osobami, które rozumieją, jaka to jest patologia, ponieważ poród to tak naprawdę dopiero kolejny etap, a nie koniec całej tej ścieżki z dzieckiem, które się rodzi z hipotrofią.

Jak to wychodzi w praktyce?

Muszę powiedzieć, że odnieśliśmy kilka spektakularnych sukcesów, którymi się cieszymy, bo mamy sporo takich dzieci, które się urodziły z masą 500-600 g. To były naprawdę kruszynki, które były bardzo dzielne i sobie świetnie poradziły i w tej chwili to są dzieci kilkuletnie i się dobrze rozwijają. Także to nie jest niemożliwe, trzeba tylko prawidłowo opracować nadzór nad pacjentką, mądrze zdecydować, kiedy ciążę zakończyć i wtedy, mimo tego, że to jest ciąża bardzo dużego ryzyka i bardzo powikłana, to ostatecznie kończy się sukcesem. Nie w sposób pominąć też ogromnej pracy lekarzy i pielęgniarek zespołu neonatologii, którzy opiekują się nowonarodzonym dzieciątkiem, niejednokrotnie przez wiele, wiele tygodni, zanim rodzice mogą zabrać je do domu.

Gdzie należy takie ciąże prowadzić i gdzie one powinny się kończyć? Czy tylko w ośrodkach specjalistycznych?

Jeżeli pacjentka ma prowadzoną ciążę w jakimś ośrodku podstawowej opieki i tam dostaje rozpoznanie hipotrofii płodu to powinna zostać skierowana do ośrodka referencyjnego 3. stopnia. Zwłaszcza, jeżeli to jest wczesne ograniczenie wzrastania płodu, to znaczy takie, które się rozwija przed 32. tygodniem ciąży. Niejednokrotnie najpierw wiąże się to z kilkudniową hospitalizacją w celu ustalenia przyczyny i tego, czy pacjentka jest zagrożona rozwojem stanu przedrzucawkowego.

Po wypisaniu do domu nadzór nad nią powinien prowadzić już ten ośrodek, gdzie zdiagnozowano nieprawidłowości.

Warto wspomnieć, że w Szpitalu Bielańskim mamy punkt konsultacyjny dla pacjentek z ograniczeniem wzrastania płodu, wystarczy się do nas zgłosić ze skierowaniem albo z wynikiem badania USG, a my udzielimy konsultacji. Całą diagnostykę, łącznie z niewydolnością łożyska (biomarkery z krwi (sFlt-1/PlGF), wykonujemy bezpłatnie, w ramach NFZ-tu, jako jeden z niewielu ośrodków w Polsce.

Wspomniała pani o profilaktycznym zastosowaniu aspiryny u pacjentek zagrożonych stanem przedrzucawkowym.  Może należałoby tak zrobić u wszystkich pacjentek?

Zastanawialiśmy się nad tym, ale doszliśmy do wniosku, że jednak nie. W pierwszym trymestrze, zwłaszcza w okresie okołoimplantacyjnym, najlepsza zasada jest taka, że im mniej leków, tym bezpieczniej. A aspiryna to lek, który wpływa na płytki krwi, działa przeciwkrzepliwe i jeżeli do tego dołączą się jakieś inne patologie, np. związane z gorszym krzepnięciem krwi, to stosowanie aspiryny może spowodować krwawienie między ścianą macicy a kosmówką, czyli tak zwane krwiaki podkosmówkowe, oddzielanie się łożyska i ciąża w związku z tym może nawet się poronić. Więc jednak nie wszystkim ciężarnym należy podawać aspirynę w ciemno.

Natomiast to, co absolutnie powinna mieć każda ciężarna, niezależnie od swojego wieku, przebytych ciąż, innych schorzeń, to w pierwszym trymestrze ocenę ryzyka wystąpienia stanu przedrzucawkowego. Zwłaszcza, że jest to podstępna choroba, która rozwija się przede wszystkim u młodych dziewczyn, które są w pierwszej ciąży, czyli nie można na podstawie wywiadu powiedzieć, że mają jakieś czynniki dodatkowe, które skłaniają do przeprowadzenia skriningu czy wdrożenia profilaktyki. Najczęściej pacjentki, które chorują na preeklamsję, zwłaszcza tę wczesną, nie mają wyjściowo czynników ryzyka. Dlatego badanie USG z oceną ryzyka stanu przedrzucawkowego powinna mieć zrobiona każda pani pomiędzy 11. a 14. tygodniem ciąży.
 
Prof. CMKP dr hab. Katarzyna Kosińska-Kaczyńska, perinatolog,

Absolwentka Akademii Medycznej w Warszawie, w niej też, już jako Uniwersytet Medyczny, uzyskała stopień doktora, a następnie doktora habilitowanego. Profesor Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego. Specjalistka ginekologii i położnictwa oraz perinatologii, czyli medycyny matczyno-płodowej. Kieruje Kliniką Położnictwa, Perinatologii I Neonatologii CMKP w Szpitalu Bielańskim. Od kilkunastu lat zajmuje się opieką nad kobietami w ciąży, przede wszystkim powikłanej i wielopłodowej. Wieloletnia wykładowczyni.

Źródło informacji: Serwis Zdrowie

Kontynuuj czytanie
Reklama
2 komentarze

2 Comments

  1. Kristeen Kirtley

    6 grudnia 2022 at 11:00

    I was wondering if you wanted to submit your new site to our free business directory? bit.ly/submit_site_1

  2. Geneva Ulrich

    5 grudnia 2022 at 03:46

    Good day, bow to you!

    This is a cry for help through tears, we are refugees from Ukraine,
    My daughter’s leg was torn off by a shell and she needs surgery,
    We cry and pray every day, there is nothing to buy us food,
    My mom is crippled by brain cancer, she needs an operation,
    Help what you can, we will pray for those who help us.
    We need money to survive, not to live.
    BTC (bc1q2w2cnk706s4cn8504x9lpv7fendxdywtdter4m)

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Poradnik

Nowa edycja programu Senior plus. Rusza nabór wniosków

Opublikowano

dnia

Dodane przez

– Ministerstwo Rodziny i Polityki Społecznej informuje:

Rusza nabór wniosków w programie Senior plus w edycji 2023. Samorządy mogą ubiegać się o dofinansowanie na utworzenie lub funkcjonowanie Dziennych Domów i Klubów dla seniorów. Celem programu jest zwiększenie aktywności uczestnictwa w życiu społecznym osób starszych. Budżet programu w tej edycji to 60 mln zł.

Oferty należy składać w wersji elektronicznej w Generatorze Obsługi Dotacji (GOD) do 5 stycznia 2023 r. do godz. 16.00. Wyniki konkurs zostaną ogłoszone najpóźniej do 17 marca 2023 roku. Program pozwala na dofinansowanie projektów “jednorocznych”, tj. realizowanych i zakończonych wyłącznie w 2023 roku.

– Chcemy, aby seniorzy mieli możliwość realizacji swoich pasji oraz, żeby byli bardziej aktywni. Takim celom służy tworzenie Domów i Klubów Senior plus. W całej Polsce mamy ich już prawie 1,1 tys. takich placówek, zależy nam, aby ich przybywało. Zachęcam samorządy do udziału kolejnej edycji programu – mówi minister rodziny i polityki społecznej Marlena Maląg.

Środki dla Dziennych Domów i Klubów Senior plus

O dofinansowanie ubiegać mogą się gminy, powiaty i samorządy województw.

W module pierwszym dofinansowane będzie tworzenie nowych placówek:

– dofinansowanie może wynieść maksymalnie 400 tys. złotych w przypadku Dziennych Domów

– na utworzenie Klubów dla seniorów można dostać z kolei 200 tys. złotych dotacji

– w ten sposób sfinansowane może być nawet 80 proc. całkowitego kosztu realizacji zadania.

W module drugim można ubiegać się o dofinansowanie działalności już istniejących domów i klubów dla seniora:

– w tym przypadku dotacja nie może stanowić więcej niż 50 proc. całkowitego kosztu realizacji zadania

– na utrzymanie jednego miejsca w Dziennym Domu Senior+ można uzyskać miesięcznie nie więcej niż 400 złotych dofinansowania

– z kolei utrzymanie jednego miejsca w Klubie Senior+ może być dofinansowane kwotą do 200 złotych miesięcznie

Senior plus to program o charakterze wieloletnim. Dziś Domów i Klubów Senior+ działających w Polsce jest prawie 1,1 tys. Oferują ponad 25 tys. miejsc. W latach 2021-2025 rząd Prawa i Sprawiedliwości przeznaczył na realizację programu w sumie 300 mln złotych, po 60 mln złotych rocznie.

Źródło informacji: PAP

Zdjęcie główne: Getty Images

Kontynuuj czytanie

Poradnik

Aż 4 na 5 polskich singli czerpie inspiracje z telewizyjnych programów randkowych

Opublikowano

dnia

Dodane przez

● 40% polskich singli oglądających programy randkowe uważa je za źródło inspiracji w odniesieniu do ich własnych zachowań podczas randek;
● 1/3 badanych twierdzi, że programy randkowe pokazują im, czego powinni oczekiwać od życia i inspirują ich do wprowadzania zmian;
● Magdalena Chorzewska, psycholog, która doradzała w jednym z programów randkowych, zwraca uwagę, że randkowanie w prawdziwym życiu wygląda inaczej – nie ma tu castingów, kamer, ani psychologicznego wsparcia po każdej sprzeczce. Zachęca, aby randki na które się umawiamy były jak najbardziej szczere i autentyczne i tym samym pozwoliły nam na szybsze znalezienie tego, czego szukamy.

Tej jesieni miliony Polaków spędzają niezliczone godziny na oglądaniu telewizyjnych programów randkowych. Śledzą historie rozgrywające się zarówno w tradycyjnych polskich sceneriach, jak i tych egzotycznych. Ponieważ niektóre z najpopularniejszych programów miały już swoje finały lub zbliżają się do końca, aplikacja randkowa Badoo postanowiła sprawdzić za pomocą badania*, dlaczego tak wielu polskich singli jest nimi zaintrygowanych oraz co z nich wynoszą. Czy służą jako pozytywne inspiracje, czy raczej jako lekcje na temat tego, czego należy unikać w życiu. Przedstawiamy najnowsze dane.

27% respondentów, którzy wzięli udział w badaniu śledzi telewizyjne programy randkowe dla dramatów i konfliktów. Z kolei 1 na 3 badanych robi to, ponieważ oglądanie bardziej ekskluzywnego życia niż swoje sprawia im przyjemność, a 1/4 ogląda je, bo pokazują ludzi, z którymi się utożsamiają. Nie dziwi za to fakt, że większość – 49% – ogląda programy randkowe dla romantycznych historii.

Telewizyjne programy randkowe są tworzone w celach rozrywkowych, ale badanie zlecone przez Badoo pokazuje, że w rzeczywistości chodzi o coś więcej. Jak się okazuje, tylko 1 na 5 singli twierdzi, że nie są one w żaden sposób inspirujące i niczego ich nie uczą. Pozostali respondenci jednak wyciągają z nich lekcje, które starają się stosować we własnym życiu. Niemal 1/3 badanych stwierdziła, że programy randkowe pokazują im, czego powinni oczekiwać od życia i inspirują ich do zmian. Dla pozostałych osób to okazja, aby rozważyć własne zachowania i zobaczyć sytuacje, których chcieliby uniknąć we własnym życiu. Być może są to właśnie wspomniane wcześniej dramaty i konflikty, które widzowie wolą podglądać w TV niż obserwować u siebie.

Psycholog Magdalena Chorzewska, która uczestniczyła jako ekspertka w programie randkowym, komentuje: „Polska publiczność uwielbia oglądać programy randkowe, wręcz ich pożądając. W telewizji jest ich tak dużo, że widzowie mogą nawet wybrać format show, który chcą śledzić. Co chwila słyszymy też o powstawaniu kolejnych sezonów popularnych produkcji. Na to zjawisko z pewnością ma wpływ fakt, że uwielbiamy podglądać i oceniać życie innych ludzi. Widzowie często czerpią z nich inspiracje, przeglądając się jak w lustrze w sylwetkach uczestników. Identyfikują się z bohaterami, przeżywają wraz z nimi ich trudności i radości. Niejednokrotnie znajdują rozwiązanie lub podpowiedź dotyczącą ich własnych relacji czy randek. Te programy pełnią z jednej strony funkcję edukacyjną, z drugiej – są przyjemną odskocznią od codzienności.

Badanie Badoo, z którego wynika, że widzowie czerpią inspiracje z telewizyjnych programów randkowych, potwierdza moje własne doświadczenia. Wielokrotnie słyszałam od widzów i fanów jednego z takich programów, z którym byłam związana, jak wiele wynoszą z każdego odcinka. Powodem jest fakt, że mogą obserwować tworzącą się relację i usłyszeć komentarz ekspertów psychologów. Mimo, że w programach tych występują ludzie, z którymi możemy się utożsamiać i czerpać od nich inspiracje, to warto pamiętać, że randkowanie w prawdziwym życiu wygląda inaczej – ludzie nie zamykają się w domu na kilka tygodni na początku relacji lub nie biorą ślubu z nieznajomym. Nie ma też castingu, kamer, ani pogotowia psychologicznego po każdej sprzeczce, a zachowania uczestników mogą być podyktowane lękiem przed krytyką, jako, że nieustannie są wystawiani na ocenę. W programie często musi być też ten efekt >>wow<<, żeby utrzymać zainteresowanie publiczności. To może wywierać na nas presję, że u nas powinno wyglądać to tak samo. Dlatego namawiam, żeby spotykając się z drugą osobą być po prostu sobą – w życiu potrzebna jest chęć poznania drugiej osoby, cierpliwe budowanie relacji, przyglądanie się swoim emocjom i wsłuchiwanie się we własne potrzeby. Warto też zadbać o to, żeby randka z jednej strony była czymś wyjątkowym, ale z drugiej – żeby nie tworzyć sztucznych sytuacji, w których czulibyśmy się niezręcznie. Randki powinny być jak najbardziej autentyczne i szczere, ponieważ tylko wtedy mamy szansę naprawdę poznać tę drugą osobę i tym samym szybciej znaleźć to, czego szukamy”.

Czy popularność programów randkowych oznacza, że widzowie chętnie wzięliby w nich udział? Zdania są podzielone i to niemal po równo, ale co ciekawe, to mężczyźni są bardziej otwarci niż kobiety, aby zamienić domową kanapę na miejsce w show. Interesujące jest również to, co byliby skłonni zrobić przed kamerami, gdyby przyszło im dołączyć do jednego z takich programów. Nikogo pewnie nie zdziwi, że blisko połowa badanych wyjechałaby w jakieś egzotyczne miejsce, a niewiele mniej zdecydowałoby się na pocałunek przed kamerami. Ale fakt, że aż 30% mężczyzn – przy tylko 5% kobiet – byłoby gotowych na seks na oczach widzów jest zdecydowanie wart odnotowania. Co więcej, 17% widzów wzięłoby ślub z osobą poznaną w programie, a jedynie 10% rozebrałoby się na oczach widzów – czyli łatwiej założyć obrączkę… niż zdjąć ubranie.  

Istnieje wiele powodów, dla których polscy single nie są skłonni do wzięcia udziału w programach randkowych. Jednym z nich może być fakt, że aż 83% badanych uważa, że pokazywane w nich sytuacje są w całości lub częściowo inscenizowane i wcześniej zaplanowane. Wielu respondentów nie wierzy też w szczere pobudki uczestników, których głównym powodem wzięcia udziału w randkowym show miałaby być próba znalezienia miłości. Zaledwie 28% badanych sądzi, że właśnie z taką intencją przyszli do programu. Ponad połowa uważa jednak, że robią to dla pieniędzy i sławy.

Gdzie w takim razie single szukają romantycznych relacji? Najwięcej osób, bo aż 58% wskazało, że aplikacje randkowe są dla nich najbardziej efektywnym sposobem poszukiwania potencjalnego partnera lub partnerki. Single oglądający telewizyjne programy randkowe inspirują się nimi, jednak w swoim życiu uczuciowym wolą polegać na aplikacjach randkowych i używać ich do znalezienia odpowiedniej osoby.

„Nawet jeśli telewizyjne programy randkowe są dla singli inspiracją, to jednak niezwykle ważne jest to, aby nasze oczekiwania nie były oderwane od rzeczywistości. Randki w prawdziwym życiu mają nam sprawiać radość i być dla nas po prostu świetnie spędzonym czasem. Cieszy mnie fakt, że to jednak aplikacje randkowe zostały wskazane przez dużą liczbę ankietowanych jako główne miejsce, w których single szukają partnerów bądź partnerek do randkowania” – mówi Remy Le Fèvre, Head of Brand Engagement and Influence w Badoo.

Badanie zrealizowano w Polsce w listopadzie 2022 roku przez agencję SW Research metodą wywiadów online (CAWI) na próbie 1064 randkujących singli (18+) oglądających programy randkowe.

Źródło informacji: Badoo

Zdjęcie główne: Getty Images

Kontynuuj czytanie

Poradnik

Serce złamane stresem. Szczególnie dotyka w tym wieku

Opublikowano

dnia

Dodane przez

Kardiomiopatia to rzadkie zaburzenie serca, które powstaje w wyniku emocjonalnego lub fizycznego stresu, przy czym szczególnie dotyka kobiet po 50. roku życia. Objawami przypomina zawał.

Coraz więcej kobiet ma „złamane serce” – donoszą naukowcy z Cedars-Sinai Medical Center. Szczególnie – 10 razy więcej niż młode kobiety i mężczyźni – cierpią panie w wieku od 50. roku życia. Nie, nie chodzi o zawód miłosny, ale o tzw. zespół Takotsubo (TTS), zwany także zespołem złamanego serca lub kardiomiopatią stresową.

Dane na temat 135 tys. osób z tym zaburzeniem zdiagnozowanym w latach 2006-2017, oprócz potwierdzenia, że kobiety chorują częściej, pokazało, że u osób żeńskiej płci w wieku 50-74 lata, liczba przypadków rośnie 10 razy szybciej, niż w innych grupach. Ta rzadka na szczęście przypadłość może objawiać się nagłym bólem w klatce piersiowej, skróceniem oddechu i przypominać atak serca. Może nastąpić zwężenie tętnic w sercu, jednak w przeciwieństwie do sytuacji przy zawale, nie dochodzi do zablokowania naczyń. Często lewa komora ulega powiększeniu.

Brak terapii, ale dobre rokowania

Czasami podaje się leki zmniejszające obciążenie serca i obniżające ryzyko ponownego zdarzenia tego typu. Rzadko, ale jednak jest to możliwe, dochodzi do zgonu czy powikłań – arytmii, obrzęku płuc, niedociśnienia, niewydolności serca czy zakrzepów. Przyczyną, jak się uważa, jest stres i prawdopodobnie związany z nim wyrzut adrenaliny do krwi. Chorobę może więc poprzedzić trudne przeżycie psychiczne lub fizyczne – śmierć bliskiej osoby, wypadek, mocna awantura, ostra choroba, zabieg chirurgiczny. Rzadziej może mieć ona związek z niektórymi lekami czy nielegalnymi substancjami np. metamfetaminą czy kokainą. Brakuje niestety celowanego leczenia, na szczęście jednak chory zwykle dochodzi do siebie w czasie kilku tygodni.

Covid łamał serce

Kiedy weźmie się pod uwagę przyczyny zaburzenia, nie dziwi odkrycie naukowców z Cleveland Clinic, którzy zauważyli znaczący wzrost zachorowań w czasie obecnej pandemii. „Epidemia Covid-19 wywołała stres na wielu różnych poziomach, na całym świecie. Ludzie martwią się nie tylko o zdrowie swoje czy swoich rodzin, ale muszą radzić sobie z problemami ekonomicznymi, emocjonalnymi i społecznymi, a także często samotnością i izolacją – zwraca uwagę dr Ankur Kalra, autor publikacji, która ukazała się w piśmie „JAMA Network Open”. Osoby ze zdiagnozowanym syndromem Takotsubo były przy tym wolne od Covid-19. – Stres może powodować fizyczne skutki w naszym ciele, w tym w sercu, na co wskazuje rosnąca liczba przypadków kardiomiopatii stresowej” – podkreśla specjalista.

Zdaniem naukowców ważne jest, aby się odpowiednio o siebie zatroszczyć. To samo z pewnością dotyczy innych stresowych sytuacji, nie tylko epidemii. „Podczas gdy pandemia ewoluuje, opieka nad sobą samym w tym trudnym czasie jest krytyczna dla zdrowia serca i ogólnego stanu. Jeśli ktoś czuje się przeciążony stresem, ważne aby skonsultował się z lekarzem. Ćwiczenia, medytacja, relacje z rodziną i przyjaciółmi z uwzględnieniem odpowiedniego dystansu i środków ostrożności mogą pomóc w zmniejszeniu napięcia” – podkreśla dr Grant Reed, jeden z głównych autorów badania.

Groźne katastrofy

Z kolei badacze z University of Arkansas po przyjrzeniu się ponad 20 tys. pacjentów z zespołem Takotsubo wykryli ponad dwukrotny wzrost zachorowań w stanie Vermont, który nawiedził niszczący huragan Irene. Wzrost liczby przypadków zanotowali też w Missouri nawiedzonym przez Tornado. „Nasze wyniki wskazują, że dwa kataklizmy, jeden w Vermont, drugi w Missouri mogły potencjalnie wywołać wzrost zachorowań na kardiomiopatię Takotsubo w tych regionach” – zwraca uwagę główny autor badania dr Sadip Pant. „Lekarze i inny personel oddziałów ratunkowych powinni mieć taką możliwość na uwadze, jako że znajdują się na pierwszej linii pomocy pacjentom w przypadku naturalnych katastrof” – podkreśla dr Pant.

Wiele zależy od mózgu

Zaburzenie jest jeszcze dosyć słabo poznane, ale badania odkrywają kolejne informacje. Naukowcy z Massachusetts General Hospital i Harvard Medical School odkryli na przykład, że na zachorowanie bardziej narażone są osoby o szczególnie silnie reagującym na stres ciele migdałowatym. To ośrodek w mózgu zaangażowany m.in. w przetwarzanie emocji. Nieco nietypowej aktywności mózgu osób predysponowanych do rozwoju zaburzenia towarzyszyły też zmiany w szpiku.

Wyniki te przynoszą kolejne dowody na szkodliwe działanie związanych ze stresem biologicznych procesów na układ krwionośny. Odkrycia takie jak to wskazują na potrzebę prowadzenia dalszych badań nad wpływem ograniczania stresu czy stosowaniem leków oddziałujących na pewne części mózgu i serce – mówi kierujący badaniem dr Ahmed Tawakol. – W międzyczasie, napotykając pacjentów w chronicznym stresie, lekarze powinni rozważyć możliwość, że ograniczenie stresu może przynieść korzyści układowi krwionośnemu – podkreśla ekspert.

Zbyt silna radość

Okazuje się, że nie tylko trudne sytuacje są groźne. Kiedy badacze ze Szpitala Uniwersyteckiego w Zurychu przeanalizowali dane na temat prawie 2 tys. pacjentów z zaburzeniem, u prawie 500 z nich zidentyfikowali wyraźny, łatwy do określenia czynnik emocjonalny. 96 proc. z tych osób doświadczyło ciężkiego przeżycia, jednak u 4 proc. chorobę poprzedziło radosne wydarzenie, na przykład wesele, narodziny wnuka, czy nawet urodziny albo wygrana ulubionej drużyny rugby. „Pokazaliśmy, że wyzwalacze TTS mogą być dużo bardziej zróżnicowane, niż wcześniej sądzono. Osoba z TTS nie jest już typowym pacjentem z >>syndromem złamanego serca<<, a chorobę mogą poprzedzać także pozytywne emocje” – twierdzi autorka badania Jelena Ghadri, która założyła pierwszy na świecie Międzynarodowy Rejestr Takotsubo (http://www.takotsubo-registry.com).

Lekarze powinni mieć mieć tego świadomość i brać pod uwagę, że pacjenci przywożeni na oddział ratunkowy z objawami ataku serca takimi jak ból w klatce piersiowej i trudnościami w oddychaniu, ale po radosnym wydarzeniu i pozytywnych emocjach, mogą cierpieć z powodu TTS, podobnie jak pacjenci z podobnymi objawami, ale po negatywnym zdarzeniu emocjonalnym. Nasze wyniki rozszerzają kliniczne spektrum TTS. Sugerują także, że radosne oraz smutne wydarzenia mogą oddziaływać na podobne ścieżki emocjonalne prowadzące ostatecznie do TTS – dodaje specjalistka.

Nadzieja na lek

Choć specyficznych leków na razie nie ma, naukowcy ciągle ich poszukują. Grupa z Monash University doniosła w ubiegłym roku o leku, który może pomagać w terapii przypadłości. Na razie w badaniach na myszach zespół wykazał silne działanie kwasu suberanilohydroksamowego. To oddziałujący na aktywność różnych genów związek, który stosuje się obecnie w terapii niektórych nowotworów.

Po raz pierwszy pokazaliśmy, że lek wykazuje ochronne i terapeutyczne działanie ważne dla zdrowia serca. Nie tylko spowalnia uszkodzenie serca, ale także cofa zniszczenia spowodowane stresem – informuje kierujący pracami prof. Sam El-Osta. – To przedkliniczne badanie wskazuje na nowy standard zapobiegania i leczenia z pomocą kardioprotekcyjnego leku oddziałującego na geny w sercu – dodaje ekspert. To dobra wiadomość. Tymczasem warto pamiętać, że ból w klatce piersiowej, szybkie nieregularne bicie serca, skrócony oddech, także po stresującym wydarzeniu, to sygnał do natychmiastowego skontaktowania się z lekarzem.

Źródło informacji: Serwis Zdrowie

Zdjęcie główne: Getty Images

Kontynuuj czytanie

Polecane